Dwie nowe „Lalki” w odstępie zaledwie dwóch tygodni – serial Netfliksa Pawła Maślony i kinowa superprodukcja Macieja Kawalskiego. Obie sięgają po powieść Bolesława Prusa, ale robią z nią niemal wszystko inaczej. Tomasz Schuchardt kontra Marcin Dorociński, Sandra Drzymalska kontra Kamila Urzędowska i swobodna reinterpretacja kontra znacznie wierniejsza adaptacja. Która wersja ostatecznie broni się lepiej?
Serialowa „Lalka” zadebiutowała w Netfliksie 16 września 2026 roku. Dokładnie dwa tygodnie później, 30 września, do kin trafiła wersja Macieja Kawalskiego. Trudno o lepszą okazję do porównania dwóch zupełnie różnych sposobów opowiadania tej samej historii.
I już na początku trzeba zaznaczyć: nie jest to pojedynek dwóch identycznych adaptacji.
Netflix bierze Prusa i pisze historię po swojemu
Paweł Maślona nie próbuje przenieść „Lalki” na ekran strona po stronie. Sześcioodcinkowy serial traktuje powieść bardziej jako fundament, na którym powstaje nowa historia.
Pojawiają się dodatkowe wątki, tajemnice, mocniej zarysowana walka klas, groteska i czarny humor. Dzięki temu nawet widz świetnie znający książkę nie może być pewny, dokąd zmierza opowieść.
To największa siła tej wersji, ale jednocześnie źródło największych kontrowersji.
Pierwsze odcinki rozwijają się dość spokojnie. Kiedy jednak serial nabiera tempa, coraz łatwiej zaakceptować fakt, że nie oglądamy ekranowej pomocy przed maturą, lecz autorską wariację na temat świata Prusa.
Kinowa „Lalka” wybiera odwrotną drogę. Maciej Kawalski zdecydowanie mocniej trzyma się konstrukcji powieści, choć oczywiście przy 162 minutach musi ją skracać i przestawiać niektóre elementy.
Wokulski: Schuchardt czy Dorociński?
To prawdopodobnie najciekawszy punkt całego porównania.
Tomasz Schuchardt tworzy Wokulskiego trudniejszego do rozszyfrowania. Bywa niepokojący, obsesyjny, momentami wręcz nieprzewidywalny. Z czasem odsłania jednak wrażliwość i bezradność człowieka całkowicie pochłoniętego uczuciem.
Jego Wokulski pasuje do niepokornego świata Maślony.
Marcin Dorociński idzie w innym kierunku. Jego bohater jest bardziej romantyczny, ludzki i łatwiejszy do polubienia. Znakomicie radzi sobie w interesach, lecz w świecie arystokratycznych konwenansów i miłości do Izabeli często wygląda jak człowiek, który zupełnie stracił grunt pod nogami.
Jeśli szukamy bohatera bardziej niejednoznacznego – punkt należy do Schuchardta. Jeśli chcemy Wokulskiego bliższego emocjonalnie i bardziej odpowiadającego klasycznemu charakterowi tej historii – przewagę ma Dorociński.
Minimalnie: Marcin Dorociński.
Dwie zupełnie różne Izabele Łęckie
Równie ciekawie wypada zestawienie głównych bohaterek.
Sandra Drzymalska dostała Izabelę mocno przepisaną na potrzeby współczesnej reinterpretacji. Jej Łęcka nie ogranicza się do roli wyniosłej arystokratki będącej obiektem westchnień Wokulskiego. Jest znacznie bardziej aktywna, nieprzewidywalna i chwilami niebezpieczna.
To postać, której można nie lubić, ale trudno ją zignorować.
Kamila Urzędowska pozostaje natomiast bliżej Izabeli znanej z powieści: eleganckiej, wychowanej w świecie przywileju i nie do końca rozumiejącej rzeczywistość poza własnym środowiskiem.
Pod względem odwagi interpretacji wygrywa Drzymalska. Pod względem zgodności z duchem klasycznej „Lalki” – Urzędowska.
Tutaj remis, bo obie aktorki realizują zupełnie inne zadania.
Kinowa „Lalka” ma jednak Agatę Kuleszę
I tutaj pojawia się jeden z najmocniejszych argumentów na korzyść filmu.
Pani Meliton w wykonaniu Agaty Kuleszy została znacznie rozbudowana w stosunku do powieści. Staje się niemal przewodniczką Wokulskiego po świecie arystokracji – uczy go zasad salonowej gry i próbuje pomóc w zdobyciu Izabeli.
Kulesza znakomicie wykorzystuje komediowy potencjał bohaterki. Jej rozmowy z Dorocińskim należą do najbardziej naturalnych i zabawnych fragmentów filmu.
Problem w tym, że później postać stopniowo schodzi na dalszy plan. A szkoda, bo właśnie wtedy, kiedy film zaczyna potrzebować oddechu i humoru, pani Meliton mogłaby okazać się szczególnie cenna.
Film ma zresztą ogromną przewagę w drugim planie. Marek Kondrat, Andrzej Seweryn, Krystyna Janda, Maja Komorowska, Maria Dębska, Maja Ostaszewska, Mateusz Damięcki, Borys Szyc, Maciej Stuhr czy Andrzej Chyra sprawiają, że niemal co kilka minut pojawia się ktoś doskonale znany polskim widzom.
Pod względem obsady drugoplanowej wersja kinowa wygrywa zdecydowanie.
Rozmach kontra swoboda
Film Kawalskiego wygląda jak produkcja przygotowana właśnie po to, aby zobaczyć ją na dużym ekranie.
Zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jr., scenografia oraz kostiumy tworzą bogaty świat XIX-wiecznej Warszawy. Pierwsza część filmu imponuje rozmachem i tempem, a jednocześnie potrafi pozwolić sobie na humor.
Problem pojawia się później.
„Lalka” Prusa jest ogromną powieścią, a zamknięcie jej w 162 minutach musi kosztować. W drugiej części filmu coraz mocniej czuć konieczność szybkiego przechodzenia pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Niektóre wątki ledwie się rozpoczynają, zanim ustąpią miejsca następnym.
Netflix dysponuje sześcioma odcinkami i może pozwolić sobie na znacznie więcej. Paradoksalnie początkowo wykorzystuje ten czas zbyt ostrożnie, ale później właśnie dłuższy format zaczyna działać na jego korzyść.
A która „Lalka” jest wierniejsza Prusowi?
Tutaj nie ma większych wątpliwości.
Film Macieja Kawalskiego.
Serial Netfliksa nigdy nie udawał, że chce być klasyczną ekranizacją książki. Oficjalnie przedstawiano go jako współczesną i autorską reinterpretację, wzbogaconą o nowe konflikty oraz wątki.
Dlatego uczniowie poszukujący ekranowej wersji lektury zdecydowanie bezpieczniej odnajdą się w filmie Kawalskiego.
Serial Maślony warto natomiast oglądać dopiero ze świadomością, że twórcy świadomie bawią się Prusem, zmieniają go i wykorzystują jego bohaterów do opowiedzenia własnej historii.
Kto wygrywa pojedynek?
| Kategoria | Przewaga |
|---|---|
| Stanisław Wokulski | kino – minimalnie |
| Izabela Łęcka | remis |
| Drugi plan | kino |
| Wierność powieści | kino |
| Oryginalność | Netflix |
| Rozwój historii | Netflix |
| Scenografia i widowiskowość | kino |
W naszym porównaniu wygrywa więc kinowa „Lalka” Macieja Kawalskiego – ale niewielką przewagą.
Film jest bardziej kompletnym doświadczeniem dla widza, który chce ponownie wejść do świata Bolesława Prusa. Ma świetnego Dorocińskiego, imponującą obsadę, bardzo dobry drugi plan i ogromny wizualny rozmach. Najbardziej szkodzi mu próba zmieszczenia tak wielu wydarzeń w jednym filmie.
Netflix przegrywa w bezpośrednim zestawieniu z książką, ale być może wcale nie chce w takim konkursie startować. „Lalka” Pawła Maślony jest odważniejsza, bardziej nieprzewidywalna i ciekawsza jako samodzielna reinterpretacja.
Ostatecznie największym zwycięzcą całego zamieszania może okazać się… Bolesław Prus.
Po niemal 140 latach od publikacji jego powieści Polacy ponownie dyskutują o Wokulskim i Łęckiej – tym razem zastanawiając się, czy wolą Dorocińskiego i Urzędowską, czy Schuchardta i Drzymalską.
A to już całkiem niezły rezultat dwóch nowych „Lalek”.













Dodaj komentarz